Zdrowie bez glutenu
Bożena Przyjemska BLOG

Niebezpieczne zboża

22 October 2013O blogu

Blog ten powstał, jako kontynuacja książki, pt. “Niebezpieczne Zboża, Groźny Gluten, ” która weszła na półki księgarskie 15-go maja 2013 roku.
Opisane są w niej najnowsze badania, dotyczące szkodliwości zbóż i chorób przez nie wywoływanych, prowadzone na całym świecie. Ponieważ informacji na ten temat przybywa, postanowiłam przedstawiać je sukcesywnie na tym blogu. Chciałabym też spopularyzować temat nietolerancji glutenu, który obecnie jest coraz częściej poruszany, a także zachęcić użytkowników blogu do wyrażania swojego zdania i dyskusji.

 

O mnie

Nazywam się Bożena Przyjemska jestemosteopatą i holistyczną dietetyczką wykształconą w Kanadzie. Prowadzę w Toronto praktykę i oprócz zabiegów osteopatycznych, udzielam konsultacji dotyczących poprawy jakości życia i pozbycia się rozmaitych dolegliwości. Jestem wielką zwolenniczką dietetyki i uważam, że 80% naszych dolegliwości pochodzi z błędów dietetycznych, co potwierdzają także najnowsze badania. W Polsce skończyłam Szkołę Medyczną i Biologię na UMK w Toruniu. Na stałe mieszkam w Toronto. Do Polski przylatuję dwa razy do roku, wiosną i jesienią, kiedy odbywają się moje szkolenia Terapii Czaszkowo-Krzyżowej. W 2011 opublikowana została moja pierwsza książka, pt. “Terapia Czaszkowo-Krzyżowa”, a w maju 2013 roku weszła na półki księgarskie moja druga książka pt. “Niebezpieczne zboża. Groźny gluten”, która zawiera informacje na temat szkodliwego działania białek i węglowodanów znajdujących się we wszystkich zbożach.
Jestem pewnie podobna do, wielu, którzy przebyli obowiązkowo wszystkie zakaźne choroby wieku dziecięcego. Przez całe dzieciństwo i młodość zmagali się z nieżytami gardła, anginami, kaszlami z kokluszem włącznie, a w późniejszym wieku z zapaleniami płuc, bólami głowy i zaparciami. Moja matka twierdziła, że we wczesnym dzieciństwie miałam bronchit, co potem spowodowało nadwrażliwość górnych dróg oddechowych, mówiło się też, że jest to skłonność rodzinna. Podczas studiów medycznych odkryłam deformacje, które świadczyły o przebytej krzywicy. Teoretycznie nie powinnam na nią zachorować, ponieważ urodziłam się na początku maja i miałam odpowiednią ilość słońca do wytworzenia witaminy D, ale deformacje takie jak „różaniec pokrzywiczy” i „szewska” klatka piersiowa z odstającymi żebrami świadczą o przebytej chorobie. Pamiętam jak babcia ulitowała się nad ciągle chorującą wnuczką i zabrała mnie z przedszkola twierdząc, że to kontakt z dużą grupą dzieci jest przyczyną moich ciągłych chorób. Zamieszkałam, więc z babcią, nie kontaktując się z dziećmi w ramach terapii, jedząc cebulę i pijąc kozie mleko. Było trochę lepiej, ale w pewnym momencie zachorowałam na koklusz i bardzo cierpiałam. Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły podstawowej nękały mnie przeziębienia i anginy kilka razy do roku. W życiu dorosłym dołączyły do nich zapalenia płuc, zaparcia, zapalenia przydatków, migrenowe bóle głowy trwające czasem tydzień. W 1987 roku wyjechałam do USA. Po polskich niedostatkach, a zwłaszcza mając żywo w pamięci puste półki w czasie kryzysu, zachwyciłam się mnogością towarów w sklepach i ich wspaniałym wyglądem. Wtedy jeszcze jadłam mięso. Po krótkim czasie stwierdziłam, że wszystkie te amerykańskie wspaniałości mają smak mydła. Zaczęłam interesować się żywnością i jej wpływem na zdrowie. W jednej z polskich gazet znalazłam przerażający artykuł na temat śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakie niesie nafaszerowana hormonami wołowina. Z artykułu dowiedziałam się, że wszystkie cielaki pędzone są przy pomocy hormonów sterydowych. Według amerykańskich przepisów ampułka z wolno uwalniającym się hormonem powinna być wszyta w wielki mięsień pośladkowy, ze względu na duże koszty tej operacji, hodowcy bydła nie przestrzegali tego przepisu i robili zastrzyk ze sterydu w pośladek cielaka. Jeżeli ktoś trafił na miejsce iniekcji, stężenie sterydu było tak duże, że powodowało śmierć przez zablokowanie nadnerczy. Ten artykuł był przyczynkiem do rezygnacji z mięsa, najpierw wołowiny, a potem kolejno innych gatunków z drobiem włącznie. W tym samym czasie wycofałam z jadłospisu mleko i produkty mleczne. Po tych dramatycznych zmianach mój stan zdrowia bardzo się poprawił, ale w dalszym ciągu zapadałam na częste przeziębienia, bardzo silny kaszel dokuczał mi czasem przez wiele miesięcy. Dwadzieścia pięć lat temu zaczęłam swoją edukację na temat znaczenia produktów żywnościowych w diecie. Odkrywałam tajemnice prawidłowego odżywiania i wprowadzałam je w życie. Po odstawieniu szkodliwych produktów stan mego zdrowia poprawił się znacznie. Zniknęła większość z wymienionych objawów, ale przeziębienia z silnymi kaszlem w dalszym ciągu mnie nękały, pojawiło się też nadciśnienie. W ramach poprawiania stanu zdrowia dwadzieścia lat temu zaczęliśmy z mężem głodówki i diety oczyszczające. Dietę surówkową 400 kalorii autorstwa dr Ewy Dąbrowskiej stosujemy okresowo do dzisiaj. Właśnie dieta oczyszczająca naprowadziła mnie na ślad glutenu. W czasie diety surówkowej, która jest dietą wegańską pozbawioną produktów mącznych i tłuszczu, moje ciśnienie krwi było książkowe i wynosiło 120/80. Kilka dni po skończeniu diety wzrastało gwałtownie i osiągało wartość 160/100. Obserwując reakcję organizmu, doszłam do wniosku, że czynnikiem wywołującym nadciśnienie może być gluten. Moje przypuszczenia potwierdziły wiadomości znalezione w książce “Dangerous Grains” autorstwa Jamesa Braly i Rona Hoggena. Zrezygnowałam,więc z produktów, które go zawierają i dwa tygodnie później moje ciśnienie osiągnęło prawidłową wartość. Było to 10 lat temu. Zauważyłam też pozytywny wpływ na moje zdrowie: rzadziej choruję, jestem odporniejsza na przeziębienia. Kiedy zaczęłam pracę nad książką o glutenie, jak większość ludzi przekonana byłam, że gluten występuje w czterech podstawowych zbożach. Czytając doniesienia na temat badań nad tą grupą białek zrozumiałam, dlaczego po 10 latach abstynencji, testy nietolerancji na gluten są u mnie pozytywne. W mojej diecie znajdowały się niestety produkty zawierające gluten, takie jak ryż, kasza jaglana, kasza gryczana, a także skrobia w postaci tapioki. Od września 2012 roku przeszłam na specyficzną dietę węglowodanową, oczywiście bez mięsa. Schudłam 3 kilogramy, ważę 55 kilo przy wzroście 168 cm. Czuję się doskonale.
Czego nie jem? – mięsa pod żadną postacią i żadnego gatunku – mleka i produktów mlecznych (sporadycznie masło, ale najczęściej klarowane) – zbóż pod żadną postacią – skrobi, łącznie z warzywami w nie bogatymi, np: ziemniaków – produktów przetworzonych – cukru i słodziku – tłuszczów utwardzonych, olejów roślinnych – makaronów, nawet tych bezglutenowych
– cały rok przyjmuję suplementy i witaminę D3, witaminę C raz do roku, poza tymwitaminę B12

– Co jem? – ryby – jaja – większość warzyw oprócz ziemniaków – większość owoców, oprócz jabłek, na które mam nietolerancję – orzechy, oprócz brazylijskich, ziemnych i nerkowców, których nie toleruje mój organizm, – olej kokosowy i masło klarowane do smażenia, olej lniany do sałatek – owoce suszone czasem (bardzo lubię suszone czarne figi) – w moim jadłospisie często figuruje mleko migdałowe i kokosowe – bardzo rzadko tofu – czasem zupa z soczewicy Staram się jeść bardzo proste posiłki. Sama piekę chleb, którego recepturę, na bazie zmielonych ziaren i orzechów, opracowałam własnoręcznie. Nie jestem wprawdzie fanką gotowania, ale wszystkie produkty przygotowuję od podstaw, nie korzystając z przetworzonych dodatków. Wierzę, że jedzenie jest lekarstwem, jeżeli jest dostosowane do potrzeb organizmu. W moich zmaganiach kuchennych pomaga mi mój mąż, który bez protestów przyjmuje moje propozycje dietetyczne.
Codziennie gimnastykuję się około pół godziny i kilka razy w tygodniu chodzę na mniej więcej trzykilometrowe spacery . Mam bardzo dużo energii i rzadko bywam zmęczona.